Odruch, żeby komuś coś powiedzieć, zanim przypomnimy sobie, że nikogo nie ma w pokoju. Już nie.
Przyzwyczaiłam się.
A przynajmniej tak mi się wydawało.
Potem pojawił się Marius.
I nagle ktoś czekał na mój powrót do domu.
Ktoś oddychał obok mnie wieczorem.
Ktoś przemieniał ciszę w obecność.
Czasami w nocy, gdy bolały go stawy, z trudem przychodził do mojego łóżka.
Schodziłam wtedy na dół, żeby spać na materacu na podłodze w salonie, żeby być blisko niego.
Wzdychał głęboko, a potem
Oparł głowę o moje ramię i zasypiał niemal natychmiast.
Jak wyczerpane dziecko, które w końcu znalazło bezpieczne miejsce.
Miesiące mijały spokojnie.
Do Lyonu zawitała jesień z długimi deszczami i lśniącymi chodnikami.
Mariusz szedł coraz wolniej.
Często musieliśmy się zatrzymywać.
Uwielbiał czuć wilgotne liście, patrzeć na przechodzących ludzi, słuchać odgłosów miasta, mimo że słabo ich słyszał.
Czasami obcy pytali:
„Ile ma lat?”
Kiedy odpowiadałem, że czternaście i pół, oczy ludzi się rozszerzały.
Potem patrzyłem na Mariusza.
Jego lekko zgarbiony grzbiet.
Jego całkowicie biały pysk.
Jego zmęczone łapy.