Ale potrzebowałam, żeby coś zrozumiał.
Jego lęki wciąż miały prawo gdzieś istnieć.
W grudniu, tuż przed Bożym Narodzeniem, klinika otrzymała pocztówkę.
Lizbona.
Żółte fasady.
Słońce.
Eleganckie pismo.
„Mam nadzieję, że pies ma się dobrze. Miasto jest piękne.”
Żadnego „Mariusza”.
Żadnego pytania.
Nie ma prośby o zdjęcie.
Tylko „psa”.
Przeczytałam kartkę kilka razy.
Potem schowałam ją do szuflady, nie odpowiadając.
Tego wieczoru, kiedy wróciłem do domu, obserwowałem Mariusza śpiącego przy kaloryferze.
Jego łapa poruszała się lekko przez sen.
Może wciąż o niej śnił.
Psy nie potrafią nienawidzić.
To właśnie czyni je tak wrażliwymi.
I tak cennymi.
W styczniu Marius zaczął częściej upadać.
Jego tylne łapy się ślizgały.
Czasami zastygał w bezruchu przez kilka sekund, zanim udało mu się wstać.
Weterynarz delikatnie mówił mi o zaawansowanym zapaleniu stawów, ogólnym zmęczeniu, starości.
Już to wszystko wiedziałem.
Wiemy to przed badaniami.
Widzimy to po tym, jak patrzą na schody.
W wahaniu przed wstaniem.
W dłuższych westchnieniach.