A jednak ta łagodność pozostała nienaruszona.
Jakby czas zniszczył wszystko oprócz zdolności do kochania.
Pewnego listopadowego wieczoru rozpętała się burza.
Gwałtowna.
Burza, która trzęsie oknami.
Byłem w kuchni, gdy usłyszałem głuchy odgłos.
Mariusz próbował się wcisnąć pod mój mały stolik kawowy.
Dokładnie tak, jak opisał jego poprzedni właściciel.
Ale jego stare ciało już się pod nim nie mieściło.
Więc utknął niezgrabnie, cały drżąc.
Podszedłem.
„Hej… delikatnie…”
Oddychał szybko.
Siedziałem na podłodze obok niego przez prawie dwie godziny.
Za każdym razem, gdy rozlegał się grzmot, podskakiwał.
Więc po prostu położyłem na nim rękę.
W pewnym momencie w końcu położył głowę na moich kolanach.
W tym żółtym świetle, z deszczem uderzającym o szyby i starym psem przerażonym czymś, czego już nie rozumiał, poczułem ogromny gniew wobec ludzi.
Nie wobec tych, którzy odchodzą.
Ludzie czasami odchodzą.
A wobec tych, którzy zapominają.
Jak można żyć czternaście lat z żywą istotą, nie znając prawdziwego ciężaru jej strachu podczas burzy?
Jak można latami słyszeć przerażone pazury pod stołem… a potem zniknąć bez śladu?
Tej nocy Marius spał przytulony do mnie aż do rana.
A następnego dnia zamówiłam ogromny, gruby koc specjalnie dla niego.
Może to śmieszne.