Nawet dr Lambert, który zawsze ukrywa emocje za suchym tonem, trzymał dla niego w kieszeni herbatniki.
„Ten pies ma lepsze maniery niż niektórzy ludzie” – mawiał.
Klienci też to zauważyli.
Kiedy Marius czasami przychodził ze mną w dni, kiedy nie mogłem go zostawić samego na zbyt długo, witał każdego z łagodną, niemal dostojną powolnością.
Dzieci od razu go uwielbiały.
Starsi też.
Jakby coś w nim rozpoznali.
To ciche znużenie.
To, jak idzie naprzód pomimo bólu.
Ta lojalność, która pozostaje, nawet gdy nikt już na nią nie zasługuje.
Pewnego wtorkowego poranka do kliniki przyszła mała dziewczynka z mamą i chorym królikiem.
Musiała mieć sześć lub siedem lat.
Mariusz spał za ladą.
Malutka kucnęła przed nim i zapytała:
„Dlaczego ma smutne oczy?”
Matka próbowała ją uciszyć.
Ale ja milczałam przez kilka sekund.
Bo miała rację.
Mariusz był miły.
Mariusz był bezpieczny.
Mariusz jadł dobrze.
Ale głęboko w jego oczach wciąż było to złamane.
Więc odpowiedziałam cicho: