Ale świadomość niczego nie zmienia.
W niedzielny poranek leżał długo, nie chcąc jeść.
Usiadłem obok niego.
„Jesteś dziś zmęczony?”
Otworzył oczy.
Potem zamerdał ogonem tylko raz.
Wtedy zrozumiałam, że wciąż się dla mnie stara.
Nawet to.
Nawet pod koniec życia wciąż próbował kogoś pocieszyć.
Zaczęłam się bać, że gdy wrócę do domu, cisza znów stanie się prawdziwą ciszą.
Strach powoli narastał.
Nie dramatycznie.
Po prostu.
Z każdym wolniejszym krokiem.
Z każdym krokiem schodziłam z trudem.
Każdego ranka, gdy zbyt szybko sprawdzałam, czy jeszcze oddycha.
Aż pewnego lutowego wieczoru, gdy klinika miała być zamknięta, weszła kobieta z małym, białym pieskiem.
Od razu ją rozpoznałam.
Beżowy płaszcz.
Okulary.
Precyzyjne ruchy.
Była właścicielka Mariusa.
Przez sekundę całe moje ciało się napięło.
Ona też mnie rozpoznała.