Magda siedziała przy kuchennym stole z Kacprem, Anną i jej mężem Pawłem do drugiej w nocy. Dokumenty wychodziły z szuflad jeden po drugim. Fałszywa zgoda. Kopia aktu urodzenia. Prywatne rachunki kliniki. List Elżbiety do Anny, w którym pisała: „Magda musi uwierzyć, że dziecko zmarło. Inaczej zniszczy sobie życie z tym chłopakiem.”
Kacper czytał wszystko w milczeniu.
Magda w pewnym momencie wstała i zwymiotowała w łazience.
Gdy wróciła, Anna siedziała z twarzą w dłoniach.
„Powinnam pójść na policję lata temu.”
„Tak,” powiedziała Magda.
Anna podniosła na nią zapłakane oczy.
Magda nie złagodziła słów.
„Nie będę udawać, że to, co zrobiłaś, było tylko błędem. Ale Hania cię kocha. I ja jej nie skrzywdzę, odbierając jej jedyną matkę, jaką zna, jednym ruchem. Nie jestem moją matką.”
Anna rozpłakała się bezgłośnie.
Kacper spojrzał na Magdę z czymś, czego nie umiał jeszcze nazwać. Podziwem. Bólem. Miłością, która przeżyła trzynaście lat pod gruzami i bała się wstać za szybko.
„Co teraz?” zapytał.
Magda wzięła do ręki fałszywą zgodę z własnym podpisem.
„Teraz przestaniemy pozwalać Elżbiecie opowiadać tę historię.”
Następnego dnia pojechali do prawniczki, którą polecił Kacprowi znajomy. Mecenas Rutkowska była kobietą koło sześćdziesiątki, o stalowych włosach i spojrzeniu, które potrafiło uciszyć panikę bez jednego ciepłego słowa.
Przeczytała dokumenty.