Nie udawała zaskoczenia. Tylko zamknęła oczy, jak ktoś zmęczony cudzą niewdzięcznością.
„Anna nie powinna była dzwonić.”
Kacper uderzył dłonią w stół.
„Pani ukradła nam dziecko.”
Elżbieta spojrzała na niego z chłodem.
„Ja uratowałam dziecko przed dwojgiem dzieciaków bez grosza i rozumu.”
Magda poczuła, jak całe ciało ogarnia ją lodowaty spokój.
„Powiedziałaś mi, że umarła.”
„Bo dla twojego życia tak było lepiej.”
„Dla mojego?”
„Tak. Spójrz na siebie. Zrobiłaś studia, pracujesz, masz mieszkanie, nazwisko. Gdybyś wtedy została z nim i niemowlęciem, skończyłabyś w wynajętym pokoju, licząc monety na mleko.”
Kacper wstał gwałtownie, ale Magda położyła mu rękę na ramieniu.
Nie dlatego, że Elżbieta nie zasługiwała na gniew.
Dlatego, że zasługiwała na coś gorszego: na prawdę wypowiedzianą bez utraty kontroli.
„Ty nie chroniłaś mnie przed biedą,” powiedziała Magda. „Chroniłaś siebie przed wstydem.”
Elżbieta uniosła brodę.
„Robiłam to, czego ty nie umiałaś.”