Głos Anny załamał się.
„Hania żyje. Ma dwanaście lat. Wychowałam ją. Ja i mój mąż.”
Magda wydała z siebie dźwięk, który nie był ani krzykiem, ani płaczem. Bardziej przypominał oddech człowieka, który nagle spada z wysokości i jeszcze nie wie, czy przeżyje.
Kacper natychmiast przesunął się na krzesło obok niej. Nie dotknął jej od razu. Może bał się, że po tylu latach nie ma już prawa. Ale kiedy zobaczył, że Magda chwieje się nad stolikiem, położył jej dłoń na ramieniu.
Ten dotyk był jak powrót z bardzo daleka.
„Gdzie jesteś?” zapytał do telefonu.
„W Łagiewnikach. W domu przy lesie. Proszę, przyjedźcie. Dziś. Zanim Elżbieta się dowie, że zadzwoniłam.”
Magda poderwała głowę.
„Moja matka wiedziała?”
Anna milczała.
To milczenie było odpowiedzią.
Kacper zacisnął palce na telefonie.
„Czy ona oddała wam dziecko?”
„Powiedziała, że Magda podpisała zgodę. Powiedziała, że nie chce patrzeć na dziecko, które zniszczyło jej życie. Powiedziała, że ojciec dziecka uciekł i nigdy nie wróci.”
„Kłamstwo,” wyszeptała Magda.
Anna rozpłakała się głośniej.
„Wiem. Teraz wiem. Ale wtedy… Boże, Magda, ja chciałam dziecka od dziesięciu lat. Straciłam trzy ciąże. Elżbieta przyszła do mnie z noworodkiem i dokumentami. Mówiła, że ratuję dziewczynkę przed domem bez miłości. Chciałam wierzyć. Tak bardzo chciałam, że nie zadawałam pytań, które powinnam była zadać.”
Magda wstała tak gwałtownie, że krzesło przewróciło się za nią.