Na moment spojrzała na Magdę nie jak matka, tylko jak przeciwnik.
„Ona cię znienawidzi, kiedy zburzysz jej dom.”
Magda poczuła ukłucie strachu.
Bo to mogło być prawdą.
Ale Kacper, stojący obok, powiedział:
„Nie będziemy burzyć. Będziemy pukać, aż sama zdecyduje, czy otworzyć.”
I właśnie tak zrobili.
Pierwsze miesiące były delikatne jak chodzenie po cienkim lodzie.
Hania spotykała się z nimi najpierw w obecności Anny. Potem na spacerach. Potem w kawiarni. Nie mówiła do nich „mamo” ani „tato”. Mówiła „Magda” i „Kacper”. Magda przyjmowała to z uśmiechem, a potem płakała w samochodzie. Kacper przynosił Hani małe drewniane figurki, które sam rzeźbił wieczorami. Ona udawała, że jej nie zależy, ale Anna powiedziała im później, że ustawia je wszystkie na półce przy łóżku.
Pewnego dnia Hania zapytała:
„Czy wy się kochaliście naprawdę?”
Siedzieli w parku. Liście opadały na ławkę. Kacper spojrzał na Magdę.
„Tak,” odpowiedział. „Tak naprawdę, że ktoś musiał bardzo się napracować, żeby nas rozdzielić.”
Hania przez chwilę kopała czubkiem buta kamyk.
„A teraz?”
Magda nie wiedziała, co powiedzieć.
Kacper też milczał.
W końcu Magda odparła:
„Teraz uczymy się mówić prawdę, zanim nazwiemy cokolwiek miłością.”
Hania skinęła głową, jakby to była odpowiedź do przyjęcia.
Postępowanie trwało długo. Elżbieta próbowała walczyć. Twierdziła, że Magda była niestabilna po porodzie, że oddała dziecko dobrowolnie, że dokumenty były legalne. Ale pielęgniarka z dawnej kliniki, dziś już emerytowana, po zobaczeniu zdjęcia Magdy rozpłakała się i przyznała, że pamięta dziewczynę, której matka zabroniła przynosić dziecko. W archiwum odnaleziono niezgodności w podpisach. Fałszerstwo potwierdził biegły. Listy Kacpra i Magdy, nigdy niedostarczone, odnalazły się w pudełku w domu Elżbiety po zabezpieczeniu dokumentów.
Było ich dwadzieścia siedem.
Dwadzieścia siedem prób przebicia się przez kłamstwo.