„Jesteśmy gotowi na nadgodziny.”
Magda spojrzała na córkę, potem na mężczyznę, którego przez trzynaście lat opłakiwała jako własny błąd. Wiatr poruszał jej włosy, miasto szumiało pod tarasem, a gdzieś za ścianą kolejna młoda para tańczyła pewnie pierwszą piosenkę, wierząc, że świat jest prosty.
Magda wiedziała już, że nie jest.
Ale może nie musi być prosty, żeby jeszcze mógł być dobry.
Kacper ścisnął jej dłoń.
„Magda?”
„Tak?”
„Gdybym mógł wrócić do tamtej nocy, nie wyszedłbym. Nawet z tym listem. Zostałbym, dopóki nie spojrzałabyś mi w oczy.”
Magda poczuła łzy pod powiekami.
„Ja też. Nie uwierzyłabym kartce. Szukałabym ciebie w całym hotelu.”
Hania westchnęła teatralnie.
„Dobrze, że ja tu jestem, bo wy dwoje nadal potrzebujecie nadzoru.”
Roześmiali się.
Tym razem śmiech nie ranił.
Schodząc z tarasu, zatrzymali się przy wejściu do sali. Na ścianie wisiało lustro. Przez chwilę Magda zobaczyła w nim nie czterdziestoletnią kobietę, ale dziewczynę w srebrzystej sukience, która czekała na chłopaka z bordową muszką. Dziewczynę, której ktoś ukradł listy, dziecko i trzynaście lat.
Potem w odbiciu pojawiła się Hania.