Potem zdjęła okulary.
„To nie będzie łatwe. Ale jest poważne. Fałszerstwo, zatajenie prawdy o dziecku, możliwe nieprawidłowości przy przysposobieniu, oszustwo wobec biologicznych rodziców. Pytanie najważniejsze: czego chcecie dla dziewczynki?”
Magda i Kacper spojrzeli na siebie.
Jeszcze dzień wcześniej byli sobie prawie obcy. Teraz musieli odpowiedzieć jako rodzice.
„Prawdy,” powiedziała Magda.
„I żeby nie straciła nagle domu,” dodał Kacper. „Nie możemy jej ukarać za to, co zrobili dorośli.”
Mecenas Rutkowska skinęła głową.
„Dobrze. To znaczy, że macie jeszcze serce. Przyda się wam, ale dokumenty też będą potrzebne.”
Konfrontacja z Elżbietą nastąpiła trzy dni później.
Nie w domu rodzinnym Magdy. Nie przy stole, przy którym przez lata matka mówiła jej, co ma czuć. Mecenas nalegała na neutralne miejsce: kancelarię. Obecni byli Magda, Kacper, Anna z mężem, mecenas Rutkowska i Elżbieta Wysocka.
Matka weszła w czarnym płaszczu, z perłami na szyi i twarzą kobiety, która nadal uważała, że godność to kwestia postawy.
Gdy zobaczyła Kacpra, zatrzymała się tylko na sekundę.
„No proszę. Stare duchy lubią wracać.”
Magda wstała.
„Hania żyje.”
Elżbieta nie zbladła.
To było najgorsze.