„Ja tego nie napisałam.”
Kacper patrzył na nią tak, jakby bał się uwierzyć zbyt szybko.
„Przyniosła mi go twoja matka. Na balu. W korytarzu przy szatni. Powiedziała, że jeśli mam choć trochę godności, wyjdę po cichu.”
Magda powoli usiadła.
„Moja matka powiedziała mi, że ty napisałeś do mnie.”
Z torebki wyjęła małą kopertę, którą nosiła przy sobie od lat nie dlatego, że chciała pamiętać, ale dlatego, że nie potrafiła pogrzebać własnej rany. Rozłożyła kartkę przed nim.
„Magda, nie jestem gotowy na dziecko. Nie niszcz mi życia. Wyjeżdżam. Zapomnij.”
Kacper przeczytał ją raz. Potem drugi. Jego twarz stwardniała.
„To nie moje pismo.”
„Wiem,” wyszeptała. „Teraz wiem.”
Przez chwilę siedzieli naprzeciw siebie jak ludzie ocalali z tej samej katastrofy, którzy przez trzynaście lat myśleli, że tonęli osobno.
W 2004 roku Magda miała osiemnaście lat, sukienkę kupioną za pieniądze odkładane z korepetycji i tajemnicę pod sercem, której bała się i którą kochała jednocześnie. Chciała powiedzieć Kacprowi po pierwszym tańcu. Chciała zabrać go na hotelowy taras, położyć jego dłoń na swoim brzuchu i powiedzieć: „Boję się, ale jeśli ty jesteś, damy radę.”
Nie zdążyła.
Pamiętała tylko jego zniknięcie. Matkę, Elżbietę Wysocką, w futrze narzuconym na ramiona, stojącą przed nią z bladą twarzą i udawanym smutkiem.
„On odszedł, dziecko. Tacy chłopcy odchodzą, kiedy życie przestaje być romantyczne.”
Potem były tygodnie zamknięte w domu. Telefon zabrany „dla jej dobra”. Listy, które nigdy nie doszły. Matka mówiąca, że Kacper wyjechał do Niemiec. Ojciec milczący przy stole, coraz bledszy, coraz bardziej nieobecny. Potem prywatna klinika nad morzem, poród w samotności i płacz dziecka, który Magda słyszała tylko przez kilka sekund, zanim pielęgniarka wyniosła je z sali.
Następnego ranka matka usiadła przy jej łóżku i powiedziała:
„Córeczko, maleństwo nie przeżyło.”
Magda nie krzyczała wtedy. Nie miała siły. Miała dziewiętnaście lat i pustkę w ramionach, która przez trzynaście lat ważyła więcej niż całe jej dorosłe życie.
Kacper siedział teraz naprzeciw niej i oddychał tak, jakby ktoś zdjął mu z piersi kamień tylko po to, by pokazać drugi, większy.
„Dziecko…” powiedział.
Magda zamknęła oczy.