A Camille, początkowo wspólnik albo ofiara za późno, odkryła coś zbyt poważnego.
Kiedy żandarmi pomogli mu wstać, żeby go zabrać, Marc próbował spojrzeć na mnie, jakby wciąż istniała między nami jakaś więź.
„Zrobiłem to dla nas”.
Zaśmiałem się.
Bez radości.
Bez pogardy.
Zaśmiałem się, bo groza tego wyroku była zbyt wielka, żebym mógł ją powstrzymać.
„Nie, Marc. Zrobiłeś to dla siebie. A teraz sam za to zapłacisz”.
Ponownie spróbował wypowiedzieć moje imię.
Odwróciłem się, zanim skończył.
Wyszedłem z tego domu z poczuciem, że postarzałem się o dziesięć lat w niecałą godzinę.
Na zewnątrz Leo spał oparty o ramię Madame Celestine, trzymając w małej dłoni zmięty rysunek. Kiedy mnie zobaczyła, powoli wstała.
„No i co?”
Spojrzałem na syna.
Cicha ulica.
Dom z niebieskimi okiennicami.
Noc, która wydawała się chłodniejsza niż wcześniej.
I odpowiedziałem:
„Już koniec”.
Ale to nie koniec.
Jeszcze nie.
Następne dni były istnym chaosem.
Madeleine wróciła z Dijon zapłakana, zanim jeszcze wysiadła z samochodu. Kiedy mnie zobaczyła, przytuliła mnie mocno, jakbym był jedyną trwałą rzeczą na świecie.
Dowiedzieliśmy się, że Marc wymyślił swoją chorobę po gwałtownej kłótni z nią kilka dni wcześniej, ponieważ odmówiła podpisania dokumentów, które jej pośpiesznie wręczał.
Zdała sobie sprawę, że coś jest nie tak.
Zadzwoniła do siostry.