„Wszystko jest pod kontrolą”.
„Odpoczywa”.
„Przyszedł lekarz”.
A potem, trzeciego dnia, zapadła cisza.
Moje połączenia trafiały prosto na pocztę głosową. Wiadomości pozostawały bez odpowiedzi. Część mnie szukała wymówek: zmęczenie, szpital, słaby zasięg, stres, rozładowany akumulator.
Ale inna część mnie wciąż się zaciskała.
Więc czwartego dnia postanowiłam pojechać.
Spakowałam do torby kilka ubrań dla Leo i dla siebie, jego książeczkę zdrowia, leki, dwie małe zabawki na podróż i rysunek, który zrobił dla babci: żółty dom, krzywe słońce, trzy postacie trzymające się za ręce.
Nie powiedziałam Marcowi.
Chciałam zrobić mu niespodziankę.
Nawet teraz, kiedy o tym myślę, czuję ból w piersi.
Jazda była cicha.
Za cicha.