Leo przespał prawie całą drogę, z kołdrą w kształcie króliczka pod pachą. Prowadziłam, starając się nie konfrontować z tymi drobiazgami, które tak długo usprawiedliwiałam: telefonami, które Marc odbierał na balkonie, zamkniętą szufladą w biurze, coraz częstszymi podróżami służbowymi, krótkimi odpowiedziami, ciężkimi milczeniami.
Kiedy coś kochasz, czasem uczysz się malować pęknięcia, zamiast patrzeć, jak mur się wali.
Kiedy dotarliśmy na ulicę Madeleine, zapadł już wieczór.
Dom stał na swoim miejscu, taki sam z zewnątrz.
A jednak coś było nie tak, zanim jeszcze zgasiłam silnik.
Wszystkie okiennice były zamknięte.
W kuchni nie było światła.
Żadne okno nie było uchylone.
Nie ta ciepła poświata, która zawsze emanowała z domu Madeleine około siódmej, kiedy gotowała zupę, gratin albo szarlotkę, słuchając cicho France Bleu.
A samochód Marca stał zaparkowany przed bramą.
To bolało najbardziej.
Bo jej widok przyniósł mi ulgę na dokładnie trzy sekundy.
„Jesteśmy u babci Madeleine?” zapytał Leo, wciąż na wpół śpiący.
Skinęłam głową.
Może spała.