Bo trzeba mieć władzę od dawna, żeby tak mówić.
Otwieram drzwi wejściowe.
Wieczorne światło ślizga się po marmurze, niemal złote, niemal spokojne, jakby miasto nie miało pojęcia, co się tu właśnie wydarzyło.
„Masz minutę” – mówię Berthe. „Jeśli po tym czasie nadal będziesz w tym domu, dzwonię na policję”.
Śmieje się.
A może próbuje.
Dźwięk urywa się w połowie.
„Za co? Za zbytnie naleganie na higienę?”
„Za znęcanie się. Za groźby. Za kontrolę”. A jeśli moja żona potwierdzi, że ją uderzyłeś, dopilnuję, żeby wszystkie rodziny, które cię poleciły, wiedziały dokładnie, jaki typ kobiety wchodzi do ich domów pod pretekstem świadczenia usług”.
Tym razem uderza ją mocno.
Kobiety takie jak Berthe żyją z sieci zaufania, z zeszytów…
Adresy, szepty wymieniane między nieskazitelnie czystymi kuchniami a przesadnie uprzejmymi salonami. Jej okrucieństwo ma moc tylko wtedy, gdy nazywa się profesjonalizmem.
Odwraca się do mojej matki, szukając pomocy.
Moja matka się nie rusza.
„Powiedz jej” – syczy Berthe.
Moja matka zaciska usta.
A w tej odmowie wyłania się cała hierarchia.
Berthe była ręką.
Moja matka była wolą.
Głosem ukrytym za pozorami przyzwoitości.
„Ty idioto” – mruczy Berthe.
Ale mówi to do mojej matki, nie do mnie.
Nie zatrzymuję jej, kiedy wymyka się tylnym wyjściem po torbę. Nie reaguję na jej pół-groźby, jej półsercowe wyjaśnienia. Po prostu patrzę, jak wychodzi z domu.
Potem własnoręcznie zamykam drzwi na klucz.
Kiedy się odwracam, moja matka płacze.
Widziałam ją płaczącą bardzo niewiele razy w życiu. Na pogrzebie mojego dziadka. Kiedy Pauline omal nie umarła na wyrostek robaczkowy w wieku dwunastu lat. W dniu mojego ślubu. I raz, dawno temu, kiedy skandal groził zszarganiem dobrego imienia przyjaciela mojego ojca.
Do dziś nie wiem, czy jej łzy wynikają z poczucia winy, strachu, czy z wściekłości, że w końcu została zdemaskowana.
„Nie powinna była posunąć się tak daleko” – szepcze.