Dzień, w którym stłukła się szklanka i zaczęła drżeć, jakby właśnie stało się coś o wiele gorszego.
Pusty ton, którym czasami mówiła: „Berthe chce mi tylko pomóc”.
Widziałam wszystkie oznaki.
Zapisałam je pod słowem „zmęczenie”.
Mdłości wywołane tą świadomością sprawiają, że prawie miękną mi nogi.
„Opowiadała ci różne rzeczy, prawda?” – zapytała nagle mama, a jej głos stał się bardziej suchy i nerwowy. „Ta dziewczyna zawsze miała tragiczną wyobraźnię. Julien, doskonale wiesz, jakie są niektóre kobiety z takiego środowiska. Trzymają się kurczowo. Manipulują. Grają kruchą kartą, bo to działa”.
Patrzyłam na nią długo.
Potem powiedziałem bardzo spokojnie:
„Wynoś się z mojego domu”.
Mrugnęła.
„Co?”
„Dobrze słyszałaś”.
„To dom mojego syna”.
„Nie”. Wpatrywałem się w nią. „To dom mojej żony. A ty właśnie udowodniłeś, że zapomniałeś, na czym polega różnica”.
Berthe spróbowała ostatniego manewru.
„Jeśli teraz wyjdę, załamie się. Zależy mi na niej o wiele bardziej, niż możesz sobie wyobrazić”.
Cicha potworność tego zdania sprawia, że mam ochotę ją spoliczkować.
Ale ma to jakiś cel.