Nawet Pauline, blada, która zdawała się chcieć zniknąć w ścianie.
Nie.
To, co mnie zniszczyło, to sposób, w jaki Elise spięła się na mój widok, jakby najbardziej naturalnym założeniem na świecie było to, że wpadnę jej w ramiona.
Przeszłam przez pokój tak szybko, że torba z ubrankami dla niemowląt wyślizgnęła mi się z rąk i przewróciła za mną.
„Elise” – mówię, klęcząc obok niej. „Hej… spójrz na mnie. Spójrz na mnie”.
Nie przestaje.
Jej dłoń wciąż nerwowo pociera przedramię, a materiał drapie już podrażnioną skórę. Zapiera jej dech w piersiach. Płacze cicho, a to gorsze niż szlochanie, bo to oznacza, że ktoś uciszył jej cierpienie.
„Już prawie skończyłam…” mamrocze. „Proszę… nie złość się… Już prawie czysta…”
Biorę szmatkę.
Próbuje ją trzymać.
Bez siły.
Z przerażeniem.
Z paniką kogoś, kto wierzy, że przerwanie tylko pogorszy sprawę. Delikatnie wyjmuję szmatkę z jej rąk, a potem chwytam ją za nadgarstki tak delikatnie, jak tylko potrafię, żeby zmusić ją do spojrzenia na mnie.
„Nie jestem na ciebie zła” – powiedziałam.
Za mną Berthe podskoczyła.
„Panie Julien, to wcale nie tak, jak pan myśli”.
Nawet się nie odwróciłam.
„Mamo, idź po ręcznik do łazienki. Pauline, przynieś mi koc. Natychmiast”.
Po raz pierwszy w życiu moja mama posłuchała bez słowa.
Pauline ruszyła pierwsza, omal nie potykając się na korytarzu. Moja matka podążyła za nią sekundę później, stukając obcasami o marmurową podłogę z dziwnym pośpiechem, jakiego nigdy wcześniej u niej nie słyszałam.
Berthe się nie poruszyła.
Poczułam jej gniew za sobą niczym brudne gorąco.
Elise w końcu na mnie spojrzała, a to, co zobaczyłam, niemal zaparło mi dech w piersiach.
Nie tylko wstyd.
Nie tylko strach.
Ulga zmieszana z przerażającym oczekiwaniem.
Ulga, bo tu jestem.