Łzami zrodzonymi z czystego szoku otrzymania czegoś pięknego, bez nikogo, kto próbowałby zatruć tę chwilę.
Całuję ją w czoło i też płaczę.
Ma na imię Mathis.
Trzy miesiące później moja matka wysyła list.
Nie do końca przeprosiny.
Raczej łagodny tekst o nieporozumieniach, różnicach pokoleniowych, surowości, z jaką wychowywano kobiety jej czasów, jak to rzekomo je „wykuwało”, przekonaniu, że chciała tylko tego, co najlepsze dla dziecka.
Cały dom zdań bez lustra.
Ani razu nie pisze: Zraniłam go.
Elise czyta list w milczeniu.
Potem składa go na pół i podaje mi.
„Nie chcę, żeby zbliżała się do naszego syna”.
Kiwam głową.
Na tym dyskusja się kończy.
Niektóre zakończenia są dramatyczne. Krzyki na progu. Proces. Trzaśnięcie drzwiami.
Inne są cichsze.
Granica zachowana.