„Powiedziała mi” – kontynuuje Elise bardzo cicho – „że jeśli będę się ciągle skarżyć, pomyślisz, że staję się niezrównoważona. Potem twoja matka zaczęła mówić to samo. Ciągle powtarzali, że zapominam o rzeczach, że przesadzam, że ciąża mnie dramatyzuje. Czasami Pauline wyglądała na chorą, ale nie przestawała.”
Łzy spływały jej po policzkach.
„Po jakimś czasie zaczęłam się zastanawiać, czy nie mają racji. Może stałam się trudna. Może wracałaś późno do domu przeze mnie. Może brzydko pachniałam. Może byłam… obrzydliwa. Kazała mi się umyć dwa razy. Potem trzy razy.” Powiedziała, że kobiety w ciąży brudzą się, jeśli się zapuszczą.
Biorę jej dłonie w swoje.
Tym razem się nie odsuwa.
„Uderzyła cię?”
Eliza waha się.
Potem kiwa głową.
Tak słabo, że to prawie jak iluzja.
Ale to wystarczy, żeby roztrzaskać resztki opanowania, które mi zostały.
„Gdzie?”
„Nie na twarzy”. Jej głos jest ochrypły od wstydu, który nie jest jej własny. „Na rękach. Na nogach. Raz na plecach. Powiedziała, że ślady pod ubraniem się nie liczą”. Uszczypnęła mnie, kiedy szedłem zbyt wolno. Ścisnęła moją szczękę, kiedy odwróciłem wzrok.
Opieram czoło o jej dłonie i pozwalam, by gniew bezgłośnie mnie ogarnął, bo jeśli teraz się odezwę, obiecam przemoc zamiast zaoferować jej bezpieczeństwo.
A ona potrzebuje bezpieczeństwa.
„Jedziemy do szpitala” – mówię w końcu.