Nie niewinność.
Nie niezrozumienie.
Rachunek.
Rachunek łamiący się pod presją.
Moja matka się boi, owszem. Ale nie jak przerażony świadek. Boi się jak ktoś, kto obserwuje, jak jego plan rozpada się na jego oczach.
„Zatrudniłeś ją” – mówię cicho.
Matka sztywnieje.
„Słucham?”
„Nalegałeś”. Mówiłeś mi, że Elise potrzebuje doświadczonej, starszej i zdecydowanej kobiety. Powtarzałeś, że potrzebuje kogoś „godnego zaufania”. Robię krok w jej stronę. „O co dokładnie ją pytałeś?”
„Julien, nie bądź śmieszny”.
Ale milczenie Berthe odpowiada, zanim zdąży.
I nagle dziesiątki drobnych szczegółów z ostatnich kilku miesięcy wracają na swoje miejsce w mojej głowie.
Elise, coraz bardziej cicha.
Elise, przepraszająca za absurdalne rzeczy.
Elise, czasami pytająca mnie zbyt beztroskim tonem, by być szczerą, czy nadal bym ją kochała, gdyby ciąża utrudniała życie.
Dzień, w którym powiedziała mi, że Berthe ją przeraża.