„Tak. Teraz.”
To jedno słowo niszczy mnie bardziej niż samo pytanie.
Później do pokoju wchodzi pracownica socjalna.
Nazywa się Laurent. Kobieta po pięćdziesiątce, w płaskich butach, o spokojnej twarzy i spojrzeniu, które doświadczyło już wystarczająco dużo horroru, by nie tracić czasu na udawanie zdziwienia ludzkim okrucieństwem. Wyjaśnia dostępne opcje: złożenie skargi, dokumentację medyczną, środki, które należy podjąć…
Dystans w razie potrzeby. Specjalistyczne konsultacje dotyczące przemocy psychicznej i przymusu w czasie ciąży.
Eliza wydaje się przytłoczona.
Odpowiadam, kiedy mogę, ale pani Laurent jest na tyle mądra, że zawsze do niej wraca, nigdy tylko do mnie.
Kiedy wychodzi na chwilę po formularze, Elise szepcze:
„Twoja matka będzie mnie nienawidzić do końca życia”.
Patrzę na nią.
Po czym odpowiadam bardzo spokojnie:
„Moja matka powinna mieć nadzieję, że nienawiść to jedyna konsekwencja, jaką będzie musiała ponieść”.
Po raz pierwszy od początku tego dnia na jej twarzy pojawia się wyraz bliski zaskoczenia.
Ponieważ część jej wciąż oczekuje ode mnie kompromisu. Zbagatelizowania sprawy. Proszenia o cierpliwość. Ochrony wizerunku mojej matki, jednocześnie lecząc jej rany w prywatności.
Skończyłam z tym mężczyzną.
Wracamy do domu krótko przed północą z receptą, kremami, zaleceniami lekarskimi i pakietem materiałów na temat przemocy psychicznej i przymusu. Pauline wciąż tam jest. Czeka na nas w kuchni, jakby czekała na werdykt.
„Jak się czuje?”
„Dziecko ma się dobrze” – mówię.
Pauline wybucha płaczem.