Zawsze wierzyła, że miłość dowodzi się poprzez niedostatek, że czułość słabnie, że ból kształtuje siłę. Dorastałem z tą logiką, nigdy jej nie nazywając. Po prostu nigdy nie wyobrażałem sobie, że obróci się przeciwko kobiecie, która nosiła moje dziecko.
„Ona nie jest słaba” – powiedziałem. „Po prostu zaufała niewłaściwym ludziom we własnym domu”.
Mama skrzywiła się, ale to już na mnie nie działało.
Na górze usłyszałem stłumiony dźwięk.
Elise.
Płakała głośniej, być może dlatego, że w końcu poczuła się na tyle bezpiecznie, by hałasować.
I ten dźwięk przesądził o wszystkim.
Nie jutro.
Nie po kłótni.
Nie po dobrze przespanej nocy.
Teraz.
„Ty też odchodzisz” – powiedziałem mamie.
Odsunęła się lekko.
„Nie mówisz serio”.
„Ależ mówię”.
„Dla tej dziewczyny?”