„Proszę… nie mów mu…” błagała łamiącym się głosem. „Nie chcę, żeby się mną rozczarował… Idę znowu się umyć… proszę… nie zostawiaj mnie samej…”
Żołądek podskoczył mi tak gwałtownie, że myślałam, że zwymiotuję.
Berthe się roześmiała.
Suchy śmiech. Zimny. Nieludzki.
„Moja biedna, naprawdę myślisz, że taki mężczyzna jak on wraca późno do domu z powodu pracy? Nie. On nie wychodzi, bo nie chce wracać do domu i tam się za to zabierać”. A jeśli będziesz się tak awanturować, powiem mu, że tracisz rozum. Nikt nie uwierzy smutnej małej sierotce. Zamkniemy cię, a dziecko zostanie tutaj.
Elise spuściła głowę.
Potem zaczęła pocierać ramiona z rozpaczą, która wynika tylko ze strachu, który stał się intymny.
Wtedy ruszyłem naprzód.
Cały pokój zmienił się w sekundę.
Berthe spojrzała na mnie.
Zbladła.
Moja matka lekko rozchyliła usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Pauline przycisnęła dłoń do ust.
A ja pozostałem nieruchomy, wpatrując się w żonę.
Ślady na jej kolanach na marmurze.
Podrażnioną skórę jej ramion.