CZĘŚĆ 1
„Zatrzymaj SUV-a natychmiast, Alejandro! Zatrzymaj się natychmiast!” – przenikliwy krzyk Valerii rozbrzmiał w luksusowym wnętrzu opancerzonego pojazdu, przecinając ciszę i klimatyzację niczym zardzewiałe ostrze. Alejandro instynktownie zahamował. Grube opony zapiszczały gwałtownie na rozgrzanym, popękanym asfalcie autostrady federalnej za Monterrey, wzbijając gęstą chmurę suchego kurzu wokół czarnego pojazdu.
„Spójrz tam” – warknęła Valeria, pochylając się nad skórzaną deską rozdzielczą, a jej oczy wypełniła pogarda. „To ta nieszczęsna… twoja była żona”. Alejandro powoli odwrócił głowę w stronę zakurzonego pobocza.
I cały świat zdawał się zatrzymywać. Kilka metrów dalej, pod bezlitosnym słońcem i dusznym upałem północnego Meksyku, stała Carmen.
Nie była już tą promienną, pełną życia kobietą, którą kiedyś kochał szaleńczo. Nie była już elegancką żoną, która kroczyła obok niego po ekskluzywnych salonach San Pedro Garza García, otoczona marmurowymi i kryształowymi żyrandolami. Kobieta przed nim była obrazem życia w ruinie: znoszone ubrania, niemal zniszczone sandały, pospiesznie związane brązowe włosy, skóra spalona słońcem i głębokie, niemal pogrzebowe zmęczenie wyryte na twarzy.
Ale było coś jeszcze.
Coś, co sprawiło, że dłonie Alejandra zadrżały na obszytej skórą kierownicy. Carmen niosła dwójkę niemowląt przytulonych do piersi, starannie owiniętych w tradycyjne bawełniane rebozo. Bliźniaki. Noworodki… albo zaledwie kilkumiesięczne. Spały twardo, wyczerpane dusznym upałem, chronione jedynie przez małe, ręcznie robione czapeczki i ubrania, które ewidentnie były z drugiej ręki. Jednak nawet z tej odległości Alejandro dostrzegł szczegół, który przeszył jego pierś niczym błyskawica:
Były blond.
Miały jego krew. U stóp Carmen leżała płócienna torba do połowy wypełniona zgniecionymi puszkami i pustymi plastikowymi butelkami. Jego była żona, ta, której przysiągł wieczną miłość przy ołtarzu, żyła teraz jako śmieciarka, zbierając śmieci z ulic, by wyżywić dwójkę dzieci, o których istnieniu nie miał zielonego pojęcia.
„Spójrz na siebie, Carmen Garza” – zadrwiła Valeria, wystawiając połowę ciała przez okno z jadowitym uśmiechem. „Zbierasz śmieci… dokładnie tam, gdzie zawsze należałaś. Co ty tu robisz? Czekasz, aż ludzie ci współczują?” Carmen nie odpowiedziała. Nawet nie spojrzała na Valerię. Po prostu wpatrywała się w Alejandra z tak ogromnym smutkiem, że z trudem oddychał. „Ruszaj dalej, Alejandro” – kontynuowała Valeria głosem ochrypłym z obrzydzenia. „Nie pozwól, by to nieszczęście się do nas zbliżyło. A te dzieci… to z pewnością dzieci jednego z jej żałosnych kochanków, prawda, Carmen?” Słowo „kochankowie” natychmiast przywołało wspomnienie w głowie Alejandra.
Ogromny hol ich rezydencji. Dokumenty rozrzucone na szklanym stole: przelewy bankowe na setki tysięcy pesos, rzekomo dokonane przez Carmen na nieznane konta. Rozmazane zdjęcia jej wejścia do motelu z obcym mężczyzną. I ostateczny cios: złoty krzyż ze szmaragdami, należący do babci Alejandra, który zniknął z sejfu, a następnie, na sugestię Valerii, został znaleziony ukryty w bieliźnie jego żony. Alejandro wciąż pamiętał twarz Carmen tamtej nocy. Na kolanach. Zapłakaną.
„To nie ja, Alejandro, przysięgam na Boga. Valeria mnie nienawidzi. To wszystko pułapka, ona kłamie. Proszę, posłuchaj mnie… Ja…” Ale nie pozwolił jej dokończyć zdania. Zaślepiony wściekłością, zranioną dumą i publicznym upokorzeniem, odwrócił się od niej plecami. Rozkazał swoim ochroniarzom natychmiast ją wyrzucić i dopilnował, by odeszła bez ani jednego peso. Odległy dźwięk klaksonu ciężarówki przywrócił go do rzeczywistości. Valeria wyciągnęła zgnieciony banknot 200 peso ze swojej luksusowej torebki, zgniotła go w kulkę i z pogardą wyrzuciła przez okno.