Zdjęcie zostało zrobione w małej publicznej klinice w dzielnicy Independencia w Monterrey.
Ziarniste. Słabo oświetlone. Datowane prawie rok temu.
Przedstawiało Carmen leżącą na szpitalnym łóżku, z bladą twarzą, włosami przyklejonymi do skóry od potu, z kroplówką w ręku. W jej ramionach spało dwoje noworodków, owiniętych w niebieskie kocyki, przytulonych do jej piersi.
Ale nie to zmroziło Alejandra.
To był szczegół zapisany w dolnym rogu karty medycznej sfotografowanej obok łóżka.
„Ojciec dzieci: Alejandro Torres Medina”.
Jego ręce zaczęły drżeć tak gwałtownie, że telefon o mało nie wypadł mu z rąk.
Przybliżył obraz.
Znowu.
Znowu.
Jego imię i nazwisko tam było.
Jego pełne imię i nazwisko.
Jego tożsamość.
I nagle, niczym uderzenie młotem w czaszkę, przypomniało mu się zdanie.
„Proszę, posłuchaj mnie… Jestem…”
Tej nocy.
W salonie.
Zanim kazał ją wyrzucić.