Ten ostatni raz.
Płakała tak mocno, że ledwo mogła oddychać.
A on, stojąc na środku salonu niczym zraniony król, patrzył, jak strażnicy wyprowadzają ją, nie pozwalając jej nawet porządnie się ubrać.
Wciąż miała na sobie kapcie, kiedy wychodziła z rezydencji.
Ta wizja sprawiła, że chciało jej się wymiotować.
Około szóstej rano Alejandro w końcu chwycił kluczyki i opuścił siedzibę swojej firmy.
Pojechał drogą, na której kilka godzin wcześniej widział Carmen.
Słońce powoli wschodziło nad północnym Meksykiem.
Psy błąkały się w pobliżu stacji benzynowych.
Sprzedawcy już rozkładali swoje małe stragany z taco.
Ale Carmen już tam nie było.
Wysiadł z SUV-a i zagadnął starego miejskiego zamiatacza.
„Kobieta z dwójką dzieci… zbiera puszki…”
Mężczyzna natychmiast skinął głową.
„Ta blondynka? Tak. Często tu zagląda”.
„Czy wiesz, gdzie ona mieszka?”
Staruszek zawahał się.
Potem wskazał niejasno na biedne dzielnice za autostradą federalną.
„Tam. Niedaleko rzeki Santa Catarina”.
Serce Alejandro zamarło.