Rzeka.
Prowizoryczne osiedla.
Domy z blachy falistej i palet.
Znał to miejsce tylko z przyciemnianych szyb swoich samochodów.
Nigdy nie wyobrażał sobie, że Carmen kiedyś tam zamieszka.
A tym bardziej z jej dziećmi.
Spędził cały ranek na poszukiwaniach.
Zaułek za zaułkiem.
W upale.
Aż w końcu dostrzegł mały domek zbudowany z odzyskanych desek i kawałków popękanego betonu.
Przed drzwiami, na sznurku, suszyły się na słońcu dwa maleńkie ubranka dla niemowląt.
Alejandro poczuł, jak serce wali mu w gardle.
Powoli wysiadł z samochodu.
I właśnie w tym momencie usłyszał śmiech.
Śmiech niemowląt.
Podszedł do uchylonego okna.