„Masz, żebraku. Kup mleko albo sobie radzisz”. Notatka upadła w kurz, ocierając się o sandały Carmen. Przez chwilę patrzyła na pieniądze. Potem znów spojrzała Alejandrowi w oczy. W jej oczach nie było nienawiści. Tylko druzgocące współczucie. Przykryła główki dwójki dzieci rebozo, by chronić je przed kurzem, uniosła torbę z puszkami i szła dalej poboczem drogi, nie mówiąc ani słowa.
Alejandro poczuł, jak pęka mu dusza. Chciał otworzyć drzwi samochodu, podbiec do niej, uklęknąć na brudnej ziemi i błagać ją o wybaczenie. Ale Waleria gadała dalej, histerycznie, arogancko i z dumą. I pośród tej jadu zrozumiał jedno: jeśli teraz skonfrontuje się z Walerią, bez dowodów, zniszczy wszelki ślad prawdy.
Alejandro nacisnął pedał gazu i odjechał.
Gdy sylwetka Carmen malała w lusterku wstecznym, poprzysiągł sobie, że poruszy niebo i ziemię, żeby dowiedzieć się, co naprawdę się stało.
Wysadził Valerię w luksusowym centrum handlowym, a następnie pojechał prosto do swojej kwatery głównej. Zamknął się w biurze i zadzwonił do byłego komendanta policji, który został prywatnym detektywem. Nakazał mu zbadać każdy szczegół życia Carmen, tożsamość dwójki dzieci i ponownie otworzyć sprawę rozwodową, aby znaleźć choćby najmniejszą rysę na kłamstwie.
Kilka godzin później detektyw wysłał mu pierwszą wiadomość wraz ze wstępnym zdjęciem, które właśnie odkrył.
Alejandro otworzył teczkę.
A kiedy zobaczył zdjęcie, krew zamarła mu w żyłach.
Nikt nie mógł sobie wyobrazić nieustającej burzy, która miała się rozpętać.