„Mężczyzna na zdjęciach to agent nieruchomości zatrudniony przez Valerię. Został zidentyfikowany. Carmen spotkała go tylko raz. Szukała mieszkania, bo myślała, że chcesz jej kupić budynek bliżej centrum”.
Alejandro poczuł mdłości podchodzące mu do gardła.
Wszystkie wspomnienia powracały z przeraźliwą siłą.
Valeria „odkrywa” dowody.
Valeria, która uparcie nalegała, żeby zadzwonić do rodziny.
Valeria, która wciąż powtarzała, że niewierną kobietę należy publicznie upokorzyć.
Valeria, która zawsze nienawidziła Carmen.
O mój Boże.
Powoli usiadł.
Nogi się pod nim ugięły.
„A krzyż mojej babci…?”
Detektyw westchnął.
„Sejf nigdy nie został wyważony. Ktoś z osobistym kodem go otworzył”.
Alejandro zamknął oczy.
Valeria znała kod.
Bo sam jej go podał.
Jak idiota.
Jak ślepiec, który myślał, że rozpoznał miłość, karmiąc węża przy piersi.
Przez kilka długich sekund żadne z nich się nie odezwało.
Potem detektyw dodał cicho:
„Panie Torres… jest coś, co musi pan wiedzieć o Carmen”.
Alejandro otworzył oczy.
„Co teraz?”
„Po eksmisji z pani domu… mieszkała przez trzy tygodnie w schronisku dla kobiet. Potem pracowała w piekarni. Potem zniknęła z akt na kilka miesięcy”.
„A dzieci?”
„Urodziła sama”.