Trudno sobie wyobrazić, jak samotny musiał być ten człowiek. Otoczony ludźmi, którzy tylko czekali na jego śmierć, niezdolny do nawiązania normalnych ludzkich relacji, dręczony nieustannym bólem. Karol II był najbardziej samotnym człowiekiem swoich czasów. Był symbolem, narzędziem, przekleństwem – ale rzadko bywał człowiekiem dla otaczających go ludzi. Dopiero w chwili, gdy nóż anatom dotknął jego skóry, jego kruchość i potworne cierpienie stały się naprawdę widoczne. Poczerniała wątroba, gnijące jelita, głowa wypełniona płynem – taka była surowa rzeczywistość ostatniego Habsburga.
Dziś spoglądamy wstecz i kręcimy głowami nad szaleństwem chowu wsobnego. Ale każda epoka ma swoje własne szaleństwo. Możemy już nie poświęcać naszych dzieci na ołtarzu dynastycznej czystości, ale poddajemy się innym ideologiom, które ignorują biologię. Karol II jest wiecznym pomnikiem kruchości ludzkiego życia i nieuchronności prawdy genetycznej. Był królem, który nigdy nie miał szans, a jednak przetrwał dłużej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Niech jego serce jak ziarno pieprzu spoczywa w pokoju, z dala od oczu inkwizytorów i noży chirurgów. Eksperyment dobiegł końca. Natura zatriumfowała.