Lekarze stali bezradnie. Próbowali wszystkiego: upuszczania krwi, środków przeczyszczających, okładów i niezliczonych modlitw. Karmili go sproszkowanymi żmijami i kazali mu pić krew świeżo zabitego zwierzęcia. Przykrywali jego ciało relikwiami świętych, licząc na boski cud. Ale nic nie działało. Nic nigdy tak naprawdę nie działało dla Karola II. Jego druga żona, Maria Anna z Palatynatu-Neuburga, trzymała się od niego z daleka. Ich małżeństwo, podobnie jak jego pierwsze, okazało się porażką pod każdym względem – bez dzieci, bez dziedziców. Jedyny obowiązek króla, kontynuacja dynastii, był tym, którego katastrofalnie nie wypełnił.
Kiedy jego serce w końcu przestało bić – to małe, walczące serce, które jakimś cudem wytrzymało prawie cztery dekady – pomieszczenie wypełniła dziwna mieszanka żalu i ulgi. Wraz z nim umarła dynastia Habsburgów w Hiszpanii. Wszyscy o tym wiedzieli. Kryzys sukcesyjny, którego Europa obawiała się od lat, stał się teraz gorzką rzeczywistością. Zanim jednak kontynent pogrążył się w 13-letniej wojnie o sukcesję hiszpańską, istniała jeszcze jedna pilna sprawa do załatwienia: ciało króla.