To wchodzi bezbłędnie.
Bez obrony.
Bez wymówek.
Żadnego „dobrze to ukryłeś”, chociaż ona to robiła.
Oddychasz mimo bólu.
„Bo tak bardzo chciałam, żebyś był szczęśliwy, że pomyliłam twoje milczenie z prywatnością”.
Ona płacze.
Ty też płaczesz.
„Przepraszam” – mówisz. „Bardzo mi przykro”.
Pozwala ci się przytulić.
Nie dlatego, że przeprosiny naprawiają przeszłość.
Bo prawda daje żalowi punkt zaczepienia.
Na rozprawie Ariadna zeznaje przez siedem godzin.
Opowiada, jak Mauricio izolował ją od przyjaciół, wyśmiewał jej pracę, krytykował jej ubrania, śledził jej telefon, kontrolował rachunki domowe, naciskał na nią, by podpisywała dokumenty, groził, że przedstawi ją jako niezrównoważoną psychicznie i wykorzystywał aprobatę Hortencji jak broń.
Obrońca próbuje argumentować, że jest wykształcona, bogata, odnosząca sukcesy, zbyt inteligentna, by dać się kontrolować.
Ariadna patrzy na ławę przysięgłych i mówi: „Przemoc nie wymaga od ofiary głupoty. Wymaga od sprawcy cierpliwości”.
Zamykasz oczy.