To jakoś pogorszyło sprawę.
Następnego popołudnia wróciłam do domu i zauważyłam, że jej pojemnik z klockami Lego zniknął.
Nie ruszany. Zniknął.
Wbiegła, uśmiechając się po raz pierwszy od kilku dni.
To nie była jakaś przypadkowa skrzynia z zabawkami. To była jej ulubiona rzecz na świecie. Cztery lata zestawów urodzinowych, świątecznych prezentów, znalezisk z wyprzedaży garażowych, małych nagród po ciężkich tygodniach. Sortowała klocki według kolorów. Budowała całe miasta na podłodze w salonie.
Zawołałam: „Mia?”.