W środku rosła młoda bazylia.
Postawił ją przy oknie, na które padało poranne światło.
„Żeby coś tu mogło rosnąć” – powiedział.
Moja matka płakała.
Ja też.
Ale tym razem nasze łzy nie były tylko z żalu.
Minęły lata.
Moja matka nigdy nie otworzyła ponownie księgarni.
Mówiła, że książki zbyt mocno przypominają jej listy, które pisała i na które nie otrzymywała odpowiedzi.
Otworzyła więc małą restaurację niedaleko targu w Croix-Rousse.
Prosty pokój, dwanaście stołów, białe obrusy, tablica przy drzwiach.
Przyrządzała gratin dauphinois, pot-au-feu, tarty jabłkowe i tę zupę cebulową, którą tak uwielbiał mój ojciec.
Czasami ludzie przychodzili coś zjeść.
Często wracali, żeby zobaczyć jej uśmiech.
Lucas studiował psychologię.
Powiedział, że chce zrozumieć, jak dziecko może przetrwać strach, którego nie potrafi nazwać.
Zostałem prawnikiem.
Nie dlatego, że ślepo wierzyłem w sprawiedliwość.
Nie.