Policjanci na korytarzu.
Moja mama siedziała na krześle, nie mogąc zrozumieć, dlaczego pokazują jej broń, której, jak twierdziła, nigdy nie dotykała.
„A krew na szlafroku?” zapytał adwokat z urzędu, pan Lefèvre, napiętym głosem.
Lucas zamknął oczy.
„Założył ją”.
Moja mama przyłożyła skute kajdankami dłonie do ust.
Z jej ust wydobył się dźwięk, nie krzyk, nie szloch, coś starszego niż ból.
Przestałem oddychać.
Wszystko nabrało sensu.
W noc morderstwa moja matka wzięła tabletkę nasenną.
Mówili, że to dowód jej winy: chciała, żeby wszyscy uwierzyli, że śpi.
Ale to moja ciotka przyniosła jej tej nocy ziołową herbatę, bo mama od kilku dni cierpiała na migreny.
Moja ciotka.
Żona René.
Zginęła w „wypadku” dwa lata później na wiejskiej drodze niedaleko Mâcon.
Wzdrygnęłam się.
Ile śmierci musiało upłynąć, zanim ktoś odważył się nazwać to zbrodnią, skoro ktoś skłamał?
René zwrócił się do mnie.
„Elise, nie daj się zmanipulować. Twój brat miesza wspomnienia, koszmary, rzeczy, które słyszał”.
Spojrzałam na niego.
Przez sześć lat był rozsądnym człowiekiem.