Camila siedziała ze skrzyżowanymi kostkami, trzymając papierowy kubek z kawą, którego nie tknęła. Zmieniła jedwabny szlafrok na markowe dżinsy i kremowy sweter, miała gładkie włosy i spokojną twarz, jakby planowała przetrwać tę niedogodność.
„Wszyscy w domu” – powiedziałaś.
Lupita odwróciła się do ciebie ostro.
„Nie” – powiedziała. „Nie wszyscy”.
Camila uniosła wzrok.
„Uważaj, Lupito”.
Niania nawet nie mrugnęła. „Jestem ostrożna od dziesięciu lat. Może za bardzo”.
Zanim kłótnia mogła się rozkręcić, wyszedł lekarz. Był w średnim wieku, poważny, a jego wyraz twarzy zdradzał, że cokolwiek powie, będzie cię karać do końca życia.
„Panie Santillan, stan pańskiego syna jest na razie stabilny” – powiedział. „Oczyściliśmy ranę i usunęliśmy owady i zanieczyszczenia z gipsu. Ma poważną infekcję skóry i podrażnienie tkanek, ale uważamy, że udało nam się to wykryć, zanim doszło do trwałego uszkodzenia.”
Nogi prawie się pod tobą ugięły.
„Trwałe uszkodzenie?” wyszeptałaś.
Lekarz nie zmiękł.
„Mógł stracić sprawność w tej ręce. W gorszym przypadku, tak, mógł stracić rękę.”
Lupita przeżegnała się i zaczęła cicho płakać.
Przycisnęłaś dłoń do ściany.