Mijają miesiące.
Rejs staje się twoim życiem, a nie ucieczką od niego.
Widzisz Cartagenę, Lizbonę, Barcelonę, Neapol, Ateny. Uczysz się jeść obiad w samotności, nie czując litości. Uczysz się podstaw włoskiego od emerytowanej nauczycielki o imieniu Gloria, która pięknie przeklina w trzech językach. Źle tańczysz na imprezie na pokładzie i nie przejmujesz się tym. Kupujesz pocztówki i wysyłasz je do siebie, bo ktoś powinien się cieszyć, kiedy wrócisz do domu.
Ty też przeżywasz żałobę.
To cię zaskakuje.
Myślałeś, że dystans może zmniejszyć żal, ale po prostu daje mu przestrzeń do przemówienia. Niektórych poranków budzisz się i wyciągasz rękę do Ernesta. Niektórymi nocami słyszysz śmiech, który brzmi jak jego śmiech i musisz usiąść. W dniu, który byłby waszą czterdziestą trzecią rocznicą, stoisz przy balustradzie z kieliszkiem wina i szepczesz: „Robię to, stary. Żyję”.
Wiatr zabiera słowa.
Masz nadzieję, że i tak je usłyszy.
Javier nie odzywa się do ciebie przez trzy miesiące.
Potem wysyła krótkiego SMS-a.
„Możemy porozmawiać?”
Nie odpowiadasz od razu.
Stara Rosa odpisałaby po dziesięciu sekundach, ulżona, że znów jest potrzebna.
Nowa Rosa czeka do śniadania.