Jesteś Rosą Salgado, masz sześćdziesiąt cztery lata, niedawno owdowiałaś i jesteś tak zmęczona, że nawet twoje kości wydają się pożyczone. Twój mąż, Ernest, zmarł w czwartek przed świtem po długiej chorobie, która powoli go pochłaniała, a ciebie zabierała ze sobą kawałek po kawałku. Przez trzy lata liczyłaś tabletki, zmieniałaś pościel, uczyłaś się obsługi respiratora, gotowałaś posiłki o niskiej zawartości sodu i płakałaś w łazience, gdy kran leciał, żeby nikt nie słyszał.
Na pogrzebie wszyscy cię przytulali i powtarzali to samo piękne kłamstwo.
„Teraz możesz odpocząć, Rosa”.
Ale nikt nie miał tego na myśli.
Chcieli, żebyś była dostępna.
Javier przybywa do twojego małego domu w Phoenix w czarnych okularach przeciwsłonecznych i z niecierpliwą miną człowieka, który uważa, że żałoba jest niewygodna, jeśli trwa dłużej niż weekend. Jego żona, Lauren, podąża za nimi z trzema smyczami, designerską torbą dla zwierząt i klatką dla ptaków. Twoja wnuczka Sophie idzie za nimi, przeglądając telefon i rozglądając się po twoim salonie, jakby już decydowała, jakie meble chce, gdy umrzesz.
„Mamo”, mówi Javier, „musimy się zorganizować”.
Przez jedną głupią sekundę myślisz, że chodzi mu o dokumenty pogrzebowe. Rachunki za leczenie Ernesta. Formularze ubezpieczeniowe. Konta bankowe. Może nawet twoje uczucia.
Wtedy Lauren otwiera drzwi szerzej.
Dwa ogromne psy wbiegają do środka, drapiąc pazurami drewnianą podłogę. Biały kot perski wychodzi z transportera niczym król wchodzący do apartamentu hotelowego. Papuga unosi zieloną głowę, mruga do ciebie i wrzeszczy: „Leniwa staruszka!”.
Lauren wybucha śmiechem.
Patrzysz na syna.
On się nie śmieje, ale też jej nie poprawia.
To boli bardziej.
Sophie w końcu podnosi wzrok znad telefonu. „Babciu, kiedy sprzedasz ten dom, czy mogę wziąć pokój na zapleczu? Ma najlepsze światło”.
No i proszę.
Prawda, siedzenie w salonie z ubłoconymi łapami i drogą karmą dla psów.
Nie przyszli cię pocieszyć.
Przyszli cię przydzielić.