Javier kładzie na stole zapisaną kartkę. Godziny karmienia. Harmonogramy leków. Trasy spacerów z psem. Informacje o weterynarzu. Kontakty alarmowe. Kody dostępu do mieszkania „na wypadek, gdybyś potrzebował podlać kwiaty albo trochę posprzątać, kiedy nas nie będzie”.
Wpatrujesz się w kartkę.
„Javier” – mówisz cicho – „pochowaliśmy twojego ojca siedem dni temu”.
Wzdycha, jakbyś była trudnym dzieckiem. „Mamo, proszę, nie zaczynaj. Każdy ma swoje życie”.
Wszyscy.
Oprócz ciebie.
Masz zostać w tej samej kuchni, w której kruszyłaś tabletki Ernesta na mus jabłkowy, podgrzewałaś zupę, którą ledwo przełknął, prałaś piżamę o północy, odbierałaś telefony od lekarzy i powoli znikałaś za potrzebami innych.
Uśmiechasz się.
Nie dlatego, że się zgadzasz.
Bo skończyłaś tłumaczyć.
„Oczywiście, mijo” – odpowiadasz.
Lauren klepie cię po ramieniu, jakbyś była meblem, który zaakceptował swoją nową funkcję. „Wiedziałam, że zrozumiesz”.
Nie rozumiesz.
Ty decydujesz.
Tej nocy, po ich wyjściu, papuga znów wrzeszczy z klatki.
„Leniwa staruszka!”
Podchodzisz, przykrywasz klatkę prześcieradłem i szepczesz: „Jutro uczysz się nowego słowa”.
Ptak porusza się w klatce.
Uśmiechasz się w ciemności.
„Niespodzianka”.
Potem idziesz na górę do sypialni, którą kiedyś dzielił z tobą Ernest. Przez chwilę cisza niemal cię zatrzymuje. Jego strona łóżka wciąż jest płaska. Jego okulary do czytania wciąż stoją na stoliku nocnym. Jego stary zegarek wciąż leży w szufladzie, owinięty w chusteczkę, bo upierał się, że jest zbyt porysowany, by go nosić, ale zbyt cenny, by go wyrzucić.
Otwierasz szufladę.
Pod zegarkami jest niebieska koperta.