Nic nie mówi.
„Moje” – odpowiadasz za niego. „Moje nazwisko”.
„Tata chciał, żebyśmy…”
„Twój ojciec chciał, żebym żyła”.
To go ucisza.
Słyszysz Lauren szepczącą w tle, ostro i nerwowo.
Potem Javier pyta: „A co z nami?”
O mało się nie roześmiałaś.
Nie dlatego, że to śmieszne.
Bo to pytanie towarzyszy ci przez całe macierzyństwo.
Co z nami?
Co z naszymi planami?
Co z naszymi potrzebami?
A co z psami, kotem, ptakiem, wakacjami, pokojem gościnnym, domem, pieniędzmi, spadkiem?
Patrzysz na ocean, bezkresny i błękitny.
„A co ze mną?” – pytasz.
Javier ciężko wzdycha. „Mamo, nie dramatyzuj”.
Znów to samo.
Zdanie, którego używają mężczyźni, gdy kobieta w końcu mówi prawdę w stopniu, którego nie akceptują.
„Spędziłam trzy lata, zmieniając pościel twojemu ojcu, podczas gdy ty odwiedzałaś go dwa razy w miesiącu i nazywałam to pomaganiem” – mówisz. „Przez dekady opiekowałam się twoimi dziećmi, gotowałam ci posiłki, pożyczałam pieniądze, których zapomniałaś oddać, i mówiłam „tak”, bo każda odmowa robiła ze mnie złoczyńcę. Mam dość bycia użytecznym dla ludzi, którzy są mili tylko wtedy, gdy czegoś potrzebują”.
Jego głos się ścisza. „Więc mnie karzesz?”
„Nie, Javier. Wycofuję się z karania”.
Rozłączasz się.
Potem blokujesz go na chwilę.