Rozdział 1: Jedwab i ostrze
Mahoniowa trumna, w której spoczywała moja ciężarna córka, przypominała czarną dziurę w samym środku sanktuarium, pochłaniającą całe światło, cały dźwięk, całe ciepło. W tym duszącym pudełku moja Emma wyglądała jak antyczna porcelanowa lalka pozostawiona na mrozie. Zbyt blada. Zbyt sztywna. Woskowa dłoń spoczywała opiekuńczo na delikatnej, tragicznej krzywiźnie jej brzucha, dokładnie w miejscu, gdzie mój nienarodzony wnuk przerwał swoje szaleńcze trzepotanie wraz z jej słabnącym biciem serca.
A potem dźwięk rozdarł nawę.
To nie był uprzejmy, stłumiony chichot. To był śmiech. Głęboki, gardłowy i całkowicie pozbawiony żalu.
Dźwięk przeciął żałobny hymn organowy niczym ząbkowane ostrze rozdzierające mokry jedwab. Wszystkie głowy zgromadzonych zwróciły się w stronę ciężkich dębowych drzwi z tyłu. Czarne, wełniane garnitury zesztywniały. Rząd białych lilii zadrżał gwałtownie na żelaznych stojakach, jakby obrażony wibracją.
Stał tam. Evan Vale. Mój zięć.
Jego wypolerowane oksfordy lśniły w świetle witrażowego światła, a ciężki złoty zegarek migotał na nadgarstku, gdy nonszalancko poprawiał krawat. Ale to jego lewa ręka rozpaliła kwas w moich żyłach. Spoczywała, zaborcza i rozluźniona, tuż przy wąskiej talii kobiety, która systematycznie rozmontowywała małżeństwo mojej córki.
Nazywała się Celeste Marrow.