„Ty zgorzkniała, szalona staruszko” – wyszeptał Evan, a jad w jego głosie słyszeli tylko ci, którzy stali przy trumnie. Żyły na jego szyi napięły się pod kołnierzykiem.
Celeste, zawsze ocalała, odzyskała panowanie nad sobą ułamek sekundy szybciej niż jej kochanek. Stanęła przed nim, osłaniając go przed głodnymi spojrzeniami zarządu ValeTech. „To absolutnie nic nie znaczy” – zadrwiła, a jej głos lekko drżał, ale był wystarczająco głośny, by emanować pewnością siebie. „On jest prezesem. Ma na etacie armię prawników korporacyjnych. Myślisz, że kartka papieru od paranoicznej, buzującej hormonami kobiety odbierze mu firmę?”
Odsunęłam się od trumny, zmniejszając dystans między mną a kobietą, która pomogła wykopać grób mojej córki. Metaliczny stukot moich praktycznych, czarnych butów rozbrzmiał złowrogo.
„Myślisz, że chodzi tylko o firmę?” – zapytałam cicho. „Myślisz, że chcę jego pieniędzy?”
Zatrzymałem się zaledwie kilka centymetrów od niej. Przemożny zapach jej waniliowych perfum sprawił, że żołądek mi się przewrócił, ale nawet nie mrugnąłem.
„Evan ma prawników, tak” – powiedziałem, a mój głos brzmiał upiornie spokojnie. „Ale ja mam nagrania”.
Twarz Celeste drgnęła. Była mikroskopijna – chwilowe drgnięcie powieki, nagłe rozchylenie ust, gwałtowne wciągnięcie powietrza. Ale to wystarczyło. Zobaczyłem, jak w jej duszy zagościł absolutny strach.
Odwróciłem się do niej plecami, omiatając wzrokiem zatłoczone sanktuarium. Spojrzałem na przerażonych żałobników, na szepczących zaciekle członków zarządu, a w końcu na wysokiego mężczyznę stojącego niepozornie przy tylnej chrzcielnicy, w grubym, ciemnym płaszczu. Detektyw Miller.
„Podczas gdy Evan udzielał łzawych wywiadów wieczornym wiadomościom o stracie wielkiej miłości swojego życia” – zwróciłem się do zebranych – „siedziałem w gabinecie analityka cyfrowego. Podczas gdy Celeste publikowała w mediach społecznościowych czarno-białe, melancholijne zdjęcia z banalnymi podpisami o kruchości życia, ja podawałem mu ukryty drugi telefon mojej córki”.