Klatka piersiowa Evana uniosła się. Wypolerowany, charyzmatyczny prezes zniknął, zastąpiony przez osaczonego drapieżnika, którego zawsze znałem, czającego się pod szytą wełną.
„Nie wiesz, o czym mówisz, Margaret” – syknął, nerwowo zerkając na dziennikarzy gorączkowo notujących w tylnych ławkach.
Pan Halden postukał kartką papieru o ambonę. „Muszę prosić o ciszę. Jest coś jeszcze”.
Celeste wydała z siebie ostry, urywany dźwięk – histeryczny, szczekliwy śmiech. Uniosła ręce, a jej ciemny welon załopotał. „To absolutnie obrzydliwe. Czy wyście oszaleli? Pogrzeb to miejsce szacunku, a nie sala sądowa!”
„Ma pani rację, pani Marrow” – odparł gładko pan Halden. „To nie jest sala sądowa. Ale dowody rzeczowe, jak się pani przekona, rozprzestrzeniają się wyjątkowo dobrze”.
Evan rzucił się pół kroku do przodu, zaciskając pięści. „Musisz bardzo uważać na to, co mówisz, Arthurze”.
No i stało się. Maska zniknęła całkowicie.
Przez sześć wyczerpujących miesięcy moja córka cierpiała w ciemności. Przez sześć miesięcy telefon dzwonił o północy. Odbierałam z sercem łomoczącym w gardle, tylko po to, by usłyszeć po drugiej stronie urywany, płytki oddech Emmy, a potem ciche kliknięcie. Przez sześć miesięcy obserwowałam, jak wyblakłe, żółknące siniaki cudownie pojawiają się pod długimi, ciężkimi rękawami, które nosiła, nawet w upale lipca.
A przez sześć miesięcy Evan prowadził błyskotliwą, podstępną kampanię oczerniania jej reputacji. Powiedział ich znajomym, zarządowi i lekarzom, że ciąża wywołała poważne zaburzenia równowagi chemicznej. Przedstawił ją jako osobę emocjonalną, skrajnie paranoiczną i z gruntu niezrównoważoną. Uczynił z siebie męczennika, oddanego męża, który trzyma wszystko w kupie.