Miała na sobie żałobną suknię, która przylegała do niej jak druga skóra, niczym welon z czarnej siateczki, który w żaden sposób nie przysłaniał triumfalnego błysku w jej oczach. Jej szpilki stukały o starożytną kamienną posadzkę kościoła – ostro, rytmicznie i bezlitośnie. Brzmiało to dokładnie jak oklaski po perfekcyjnie wykonanej zbrodni.
Stałam obok trumny, z dłońmi zaciśniętymi przed sobą tak mocno, że kostki bolały mnie z wysiłku. Za mną starsze kobiety z sąsiedztwa mamrotały gorączkowe, bez tchu modlitwy, z twarzami ukrytymi za ciemnymi dłońmi w rękawiczkach. Moja siostra chwyciła mnie za łokieć, wbijając paznokcie w moją skórę w bezgłośnym błaganiu o spokój.
Nie drgnęłam ani jednym mięśniem.
Wzrok Evana leniwie powędrował po tłumie, aż w końcu utkwił we mnie. Oderwał się od Celeste na tyle długo, by zrobić krok do przodu, przybierając maskę powagi tak szybko, że aż ścisnęło mnie w żołądku.
„Margaret” – powiedział ciepło, a jego głos ociekał obojętną czułością mężczyzny witającego daleką ciotkę na świątecznym koktajlu. „Okropny dzień”.
Celeste podeszła do niego, unosząc brodę. Jej usta, pomalowane na ciemnoczerwony, krwisty kolor, wygięły się ku górze. Przysunęła się bliżej, a mdły, słodki zapach jaśminu i wanilii unosił się od jej skóry, dusząc woń konwalii.
„Wygląda na to, że wygrałam” – wyszeptała, słowa przeznaczone tylko dla mojego ucha.
W moim gardle zapłonął ogień. Na jedną oślepiającą, bolesną sekundę przestałam być pogrążoną w żałobie matką. Byłam burzą czystej przemocy. Chciałam zerwać tę absurdalną siatkę z jej włosów. Chciałam chwycić Evana za nieskazitelny, wykrochmalony kołnierzyk i ciągnąć go po kamieniu. Chciałam krzyczeć, aż wibracje roztrzaskają wszystkie witraże w katedrze.
Rozerwij je na strzępy, ryczał mi umysł. Spal je.
Ale potem mój wzrok powędrował z powrotem do otwartej trumny. Do rąk Emmy.
Bez ruchu.
Na zawsze.