Ogień w moim gardle stwardniał, zmieniając się w bryłę lodu. Połknęłam krzyk, wciskając go głęboko w pierś, gdzie posłużyłby lepszemu celowi.
Evan na to czekał. Spodziewał się łez. Pragnął tej chaotycznej sceny. Chciał zdruzgotanej, histerycznej staruszki, pogrążonej w niewytłumaczalnym żalu, aby móc zagrać tragicznego, długo cierpiącego wdowca przed nieuniknionym tłumem kamer czekających na schodach kościoła. Przez całe ich małżeństwo Evan zawsze uważał, że jestem nic nieznacząca tylko dlatego, że mówię cicho. Uważał, że moje siwiejące włosy są oznaką słabości. Uważał, że mój macierzyński żal uczyni mnie ślepą, głuchą i głupią.
Był w błędzie w każdym z tych trzech punktów.
Przed ołtarzem, z gęstego cienia ambony, wyszedł pan Halden, adwokat Emmy. Był szczupłym, surowym mężczyzną o siwych włosach, o postawie tak suchej i nieugiętej jak starożytny pergamin. W jego dłoniach, pokrytych plamami wątrobowymi, kurczowo ściskał grubą, kościaną kopertę z zawiłym pismem Emmy na przodzie.
Wymuszony uśmiech Evana natychmiast przerodził się w grymas irytacji.
„Czy ta teatralność jest naprawdę konieczna, Arthurze?” – zapytał Evan, a jego głos odbił się echem od sklepionego sufitu. „Moja żona nawet nie została złożona do grobu”.
Pan Halden nawet nie drgnął. Powoli, z rozmysłem przesunął okulary do czytania na grzbiet nosa.
„Zgodnie z precyzyjnymi przepisami prawnymi dotyczącymi pańskiej zmarłej żony” – oznajmił pan Halden, a jego głos brzmiał metalicznie, co natychmiast uciszyło szemrzący tłum – „zanim rozpocznie się pogrzeb, należy odczytać ostatnią wolę i testament. Tutaj. Przed zgromadzeniem”.
Wśród żałobników rozległ się zbiorowy, drżący oddech.
Evan prychnął.