Wyciągnęłam rękę, drżącymi palcami musnęłam zimny, wypolerowany mahoń. Spojrzałam na moją piękną, olśniewającą córkę. Wiedziała, że nadchodzi po nią ciemność, i w ostatnich dniach, przerażona i otruta we własnym domu, nie poddała się rozpaczy. Zbudowała fortecę z dowodów. Uzbroiła matkę.
Walczyła mądrze.
„Stało się, moja słodka dziewczynko” – wyszeptałam, a pierwsza łza w końcu wypłynęła, kreśląc gorącą ścieżkę po moim pomarszczonym policzku. „Potwory zniknęły”.
Pan Halden podszedł do mnie i delikatnie położył kopertę z kości słoniowej na zamkniętym wieku trumny.
„Zarząd już zażądał zwołania nadzwyczajnego posiedzenia na jutro rano, Margaret” – powiedział cicho, a jego suchy głos przesiąknięty był nowo odkrytym szacunkiem. „Będą chcieli wiedzieć, kto obejmie stery. Będą próbowali cię zastraszyć, żebyś odsprzedała im akcje”.
Otarłam łzę z policzka, prostując się. Oderwałem wzrok od trumny, wpatrując się w witraż nad ołtarzem, gdzie burzowe chmury na zewnątrz w końcu się przerzedziły, pozwalając pojedynczemu promieniowi bladego, fioletowego światła wniknąć do pomieszczenia.
„Niech spróbują, Arthurze” – mruknąłem, a mój głos był twardszy niż kamień pod naszymi stopami. „Odwołaj moje popołudniowe spotkania. Mam towarzystwo do oczyszczenia”.