żyły. Burza minęła; pozostał tylko lodowaty ślad.
„Niczego nie zbudowałeś, Evan” – powiedziałem cicho, choć w martwej ciszy kościoła każde słowo niosło się echem. „Odziedziczyłeś jedynie maszynę. A teraz jest moją własnością”.
Gdy detektyw Miller ciągnął go kopiącego i krzyczącego środkowym przejściem, mijając przerażone spojrzenia ludzi, którymi manipulował przez lata, Celeste nagle się załamała. Rzuciła się w stronę bocznego przejścia, desperacko próbując prześlizgnąć się między ławkami, z podartym welonem i nieskazitelnym wizerunkiem zniszczonym.
Ale umundurowani funkcjonariusze przy drzwiach złapali ją za ramiona.
„Celeste Marrow” – stwierdził wyższy funkcjonariusz, wyciągając własne kajdanki. „Idziesz z nami jako współwinna morderstwa i spisku mającego na celu popełnienie oszustwa korporacyjnego”.
Szlochała wysokim, piskliwym dźwiękiem, a jej szpilki bezskutecznie ślizgały się po kamieniu, gdy wciągano ją przez ciężkie, drewniane drzwi.
Drzwi kościoła zatrzasnęły się z hukiem, pogrążając sanktuarium z powrotem w ciężkiej, traumatycznej ciszy. Członkowie zarządu szybko wybierali numery telefonów komórkowych, już inicjując procedury zarządzania kryzysowego, które formalnie miały odciąć Evana od jego imperium. Dziennikarze wybiegali bocznymi wyjściami, by napisać historię dekady.
Powoli wierni zaczęli wychodzić, z pochylonymi głowami, nie mogąc spojrzeć mi w oczy. Przybyli, by być świadkami tragedii; przeżyli rzeź.
Wkrótce pozostaliśmy tylko ja, pan Halden i moja siostra.
Odwróciłam się z powrotem do trumny.