Twarz Evana zbladła, zmieniając się z zdrowego, opalonego rumieńca w chorobliwą bladość mokrego popiołu. Palce Celeste obok niego opadły, bezwładnie zsuwając się z rękawa jego drogiego garnituru.
„To… to jest absolutnie niemożliwe” – wyjąkał Evan, a jego wypolerowana skóra pękła. Jego głos załamał się na ostatniej sylabie, podnosząc się w panice. „Emma nie miała akcji. Ja kontrolowałem finanse. Dałem jej kieszonkowe. Hojne!”
Pan Halden powoli opuścił dokument, zerkając znad złotych oprawek okularów z obojętnym współczuciem naukowca obserwującego owada.
„Pańska zmarła żona, panie Vale, posiadała dokładnie dwanaście procent udziałów w ValeTech Holdings” – stwierdził Halden, a akustyka kościoła wzmocniła jego suchy ton. „Zostały one po cichu przekazane jej przez pańskiego ojca, Richarda Vale, trzy miesiące przed jego śmiercią. Przekazanie zostało należycie zarejestrowane. Poświadczone. I żelazne”.
Kościół zdawał się zbiorowo oddychać, wysysając z pomieszczenia cały tlen.
Szczęka Evana zacisnęła się tak mocno, że miałem wrażenie, iż słyszę, jak drzazgi pękają mu zęby. Zrobił groźny krok w stronę ołtarza. „Ten starzec był już kompletnie niedołężny. Nie wiedział, co podpisuje. Wyrzucimy to do jutra rano”.
„Nie” – powiedziałem.
Słowo zabrzmiało cicho, ale wpadło do cichego kościoła niczym głaz do spokojnego stawu.
Wszystkie głowy zwróciły się w moją stronę. Członkowie zarządu ValeTech, siedzący sztywno w drugiej ławce, pochylili się do przodu z szeroko otwartymi oczami. Nie wypowiedziałem ani jednego słowa od nocy, kiedy szpital zadzwonił, żeby poinformować mnie o śmierci Emmy. Odrzuciłem sępy z lokalnej prasy. Zignorowałem powierzchowne SMS-y Evana. Nie rozmawiałem nawet z proboszczem o mowie pogrzebowej.
Rozluźniłem zaciśnięte na dłoniach kostki i uniosłem brodę, napotykając przerażone, wściekłe spojrzenie Evana.
„Twój ojciec nie był niedołężny, Evanie” – powiedziałem spokojnym, dźwięcznym głosem. „Bał się ciebie”.