W korytarzu stały już walizki, a moja córka patrzyła na mnie tak, jakby pytała, czy naprawdę można przestać być czyimś domem
— Córka z pierwszego małżeństwa nie jest tu mile widziana.
Halina powiedziała to głośno, wyraźnie, z palcem wyciągniętym w stronę mojej sześcioletniej Zosi, jakby nie mówiła o dziecku, tylko o brudnym bucie wniesionym na czysty dywan.
Zosia stała między dwiema walizkami. W żółtej bluzie w kwiatki, z włosami związanymi krzywo w kucyk, z małym pluszowym królikiem przyciśniętym do brzucha. Nie płakała. To było najgorsze. Patrzyła tylko na mnie szeroko otwartymi oczami, tymi samymi, które trzy lata wcześniej w szpitalu pytały bez słów, dlaczego tata już się nie obudzi.
Za Haliną stał mój mąż, Michał.
Mój drugi mąż.
Mężczyzna, który podczas ślubu położył rękę na głowie Zosi i powiedział: „Od dziś macie mnie obie.” Mężczyzna, który przez pierwsze miesiące nosił ją na barana, kupował kakao z piankami i mówił mojej mamie, że zawsze marzył o dużej rodzinie.
Teraz stał przy drzwiach naszego mieszkania z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała i twarzą człowieka, który chciałby, żeby wszyscy przestali mówić, zanim będzie musiał wybrać stronę.
— Halino — powiedziałam cicho — proszę odsunąć się od mojego dziecka.
Teściowa prychnęła.